Na zakupach

Pamiętacie może fluoryzacje? Siedzieliśmy na lekcji, gdy znienacka otwierały się drzwi i wkraczała pani stomatolog o twarzy rzeźnika z panią pielęgniarką cierpiącą na wieczne niezadowolenie. Chłopców zabierały do chłopięcej łazienki, a nas do dziewczęcej. Stawałyśmy w półkolu, rozdawano nam nasze (podpisane) szczoteczki do zębów i podawano pewną substancję. Szczotkowałyśmy zęby kilka minut, czasem pojawiała się krew z podrażnionych dziąseł. I wczoraj mi się to wszystko przypomniało. Mam za bardzo odsłonięte korzenie, co skutkuje odczuwaniem nieprzyjemnych bodźców przy jedzeniu na przykład zimnych czy słodkich potraw.

Dlatego pani dentystka zapisała mi na receptę specyfik, który przy pomocy miękkiej szczoteczki mam wcierać w zęby w określony w ulotce sposób. Specyfik ten ma podobny smak do substancji podawanej w szkole podstawowej na opisanych wcześniej fluoryzacjach. Teraz więc utwierdziłam się, że to uszczęśliwianie dzieci fluorem nie było takie złe, skoro ja sama musiałam do tego powrócić.